Ile naprawdę kosztuje wyjazd do Hiszpanii? To jedno z tych pytań, na które chętnie udziela się prostych odpowiedzi – „Hiszpania zdrożała”, „wystarczy 2–3 tysiące na tydzień”, „taniej niż we Włoszech”. Problem w tym, że takie slogany odrywają się od realiów. Koszty pobytu w Barcelonie w sierpniu i tydzień w andaluzyjskim miasteczku w listopadzie to finansowo dwa różne wszechświaty. Zamiast więc szukać magicznej kwoty, lepiej rozłożyć temat na czynniki pierwsze i zobaczyć, co realnie winduje, a co obniża ceny w Hiszpanii.
Dlaczego pytanie „czy Hiszpania jest droga?” jest z definicji chybione
Określenie „Hiszpania jest droga” brzmi efektownie, ale nie mówi wiele. Ten sam kraj łączy jedne z najbardziej turystycznie przegrzanych regionów Europy z obszarami, gdzie ceny są bliższe polskim niż zachodnioeuropejskim.
Na końcowy rachunek wpływa kilka głównych osi podziału:
- Region: Barcelona, Baleary, Costa del Sol i centrum Madrytu to inna liga cenowa niż Galicja, Asturia, interior Kastylii czy mniejsze miasta Andaluzji.
- Sezon: lipiec–sierpień nad morzem potrafi wywindować ceny noclegów i samochodów o 50–100% względem maja, czerwca czy października.
- Typ wyjazdu: city-break z intensywnym zwiedzaniem muzeów i atrakcji kontra spokojny pobyt w małym miasteczku z plażą i lokalnymi barami.
- Styl podróżowania: śniadania w hotelu i kolacje w restauracjach „pod turystów” kontra zakupy w Mercadonie i menú del día w barach, gdzie menu jest tylko po hiszpańsku.
Do tego dochodzi jeszcze kurs euro i efekt „turystycznej inflacji”: popularne regiony przyzwyczajone do gości z północy Europy stopniowo dostosowują ceny do portfeli Niemców czy Skandynawów, a nie Polaków. W praktyce oznacza to, że w jednym kraju działa równolegle kilka ekonomii turystycznych – i to od wyboru, do której się dołączy, zależy końcowy koszt.
Silne poczucie, że „Hiszpania dramatycznie zdrożała”, częściej wynika ze zmiany kierunku (np. Bałtyk → Barcelona w sierpniu) i stylu podróży niż z realnego skoku cen wewnątrz samej Hiszpanii.
Na co naprawdę wydaje się pieniądze w Hiszpanii
Budżet wyjazdu rozkłada się zazwyczaj na te same kategorie, ale ich „waga” bywa różna w zależności od wyborów. W jednych scenariuszach największym kosztem jest przelot, w innych – auto, a jeszcze w innych – noclegi i bilety wstępu.
Noclegi: największa loteria cenowa
Na noclegach w Hiszpanii można oszczędzić najwięcej – ale też najłatwiej wpakować się w absurdalne stawki. Rynek jest mocno spolaryzowany.
W topowych lokalizacjach (Barcelona, San Sebastián, Baleary, Costa del Sol) w sezonie ceny:
- przeciętnego hotelu 3★ w sensownym miejscu zaczynają się zwykle od kwot, które w Polsce kojarzą się raczej z hotelami 4★,
- apartamenty z Airbnb bywają wyraźnie droższe niż podobny standard w mniej popularnych dzielnicach lub miastach w głębi lądu,
- hostele w centralnych dzielnicach potrafią być tylko symbolicznie tańsze od tanich hoteli, głównie przez ogromny popyt.
Z kolei w miastach drugiego i trzeciego szeregu – Murcja, Valladolid, Kadyks (poza ścisłym sezonem), León, Saragossa – ten sam budżet daje całkiem przyzwoite hotele lub apartamenty, często w centralnej lokalizacji. Różnica ceny między „turystyczną Hiszpanią z folderów” a „codzienną Hiszpanią” jest tu wyraźnie odczuwalna.
Kluczowa jest również długość pobytu. Wynajem mieszkania na tydzień lub dłużej w mniej obleganej części wybrzeża potrafi okazać się relatywnie korzystny, podczas gdy krótkie, 3–4-dniowe city-breaki w najmodniejszych miastach generują bardzo wysoki koszt doby, po prostu przez gigantyczny popyt.
Jedzenie: Hiszpania potrafi zaskakująco „odpuścić”
Wydatki na jedzenie w Hiszpanii wyjątkowo mocno zależą od tego, czy ktoś korzysta z oferty pod turystów, czy z tej skierowanej do lokalnych mieszkańców.
Po stronie „turystycznej” pojawiają się:
- restauracje z menu w pięciu językach,
- lokale przy głównych promenadach i zabytkach,
- śniadania hotelowe, które wyglądają atrakcyjnie w pakiecie, ale po przeliczeniu bywają niewspółmiernie drogie do jakości.
Po stronie „lokalnej” działają natomiast:
Menú del día – zestawy obiadowe w porze lunchu (zwykle 13:00–16:00) obejmujące pierwsze i drugie danie, napój, deser lub kawę. W wielu miastach poza topowymi punktami turystycznymi to nadal jedna z najlepszych relacji ceny do jakości w Europie Zachodniej. Daje to realną szansę, by główny, solidny posiłek dnia zjeść za kwotę często zbliżoną do polskiego obiadu w dużym mieście, szczególnie w regionach mniej turystycznych.
Drugim amortyzatorem wydatków jest sieć supermarketów (Mercadona, Dia, Carrefour, Alcampo). Hiszpańskie supermarkety oferują sensowne ceny podstawowych produktów, a jakość warzyw, owoców, wędlin czy serów pozwala spokojnie żyć „na zakupach”, nie czując się jak na kulinarnej banicji. Przy apartamencie z kuchnią koszt dziennego wyżywienia potrafi spaść o kilkadziesiąt procent względem stołowania się „na mieście” trzy razy dziennie.
Jednocześnie kawa, piwo czy wino w zwykłych barach wciąż wypadają często lepiej niż w polskich dużych miastach – o ile omija się turystyczne epicentra. Stąd częste zdziwienie, że „alkohol w knajpie jest tani, a jedzenie niekoniecznie” – wynika to ze struktury lokalnego rynku i marż, a nie jakiejś spójnej logiki.
Hiszpania budżetowa, „normalna” i komfortowa – trzy scenariusze wyjazdu
Zamiast operować abstrakcyjnym „drogo/tanio”, łatwiej porównać trzy orientacyjne modele 7-dniowego wyjazdu (bez przelotu), przy założeniu średnich cen i rozsądnego, ale nie ascetycznego stylu podróży. Chodzi o proporcje, nie o co do euro policzony koszt.
1. Scenariusz budżetowy (mniej turystyczny region, poza szczytem sezonu)
Nocleg w prostym apartamencie lub hostelu, gotowanie części posiłków, korzystanie z menú del día, ograniczona liczba płatnych atrakcji, głównie plaża, spacery, darmowe zwiedzanie. W takim układzie całkowity koszt pobytu (bez lotu) potrafi być porównywalny – albo tylko nieznacznie wyższy – od tygodnia w popularnym polskim kurorcie w sezonie, szczególnie przy podróży w maju, czerwcu czy październiku.
2. Scenariusz „standardowy” (popularny region, mieszanka atrakcji)
Średniej klasy hotel lub dobrze oceniony apartament, część posiłków „na mieście”, część z supermarketu, kilka płatnych atrakcji (muzea, zabytki, rejs, wstępy). To wariant, który większość osób ma na myśli, mówiąc o „normalnym wyjeździe”. Tu budżet zaczyna już wyraźnie odstawać od polskich realiów i bliższy jest np. Włochom czy Portugalii. Różnicę robi głównie nocleg i bilety wstępu w największych miastach.
3. Scenariusz komfortowy (topowe lokalizacje, sezon, wysoki komfort)
Lepsze hotele w Barcelonie, na Majorce czy Costa del Sol, restauracje z wyższej półki, sporo atrakcji, wynajem auta w sezonie, dodatkowe wydatki typu plażowe leżaki, koktajle itd. W tym wariancie Hiszpania zaczyna być wyraźnie droga, a wyjazd staje się porównywalny kosztowo z wakacjami w droższych regionach Włoch czy nawet Francji. To właśnie te doświadczenia najczęściej karmią narrację, że „Hiszpania to już nie to, co kiedyś”.
Różnica między scenariuszami nie wynika z jednej, konkretnej rzeczy, tylko z sumy decyzji: lokalizacja, termin, standard noclegu, sposób jedzenia i gotowość do płacenia za „udogodnienia”, które można mieć taniej lub za darmo (np. publiczna plaża vs płatny klub plażowy).
Gdzie naprawdę przepłaca się w Hiszpanii
Najwięcej pieniędzy ucieka nie w oczywistych miejscach, tylko w strefach, gdzie turysta traci czujność.
Turyści w najmodniejszych dzielnicach. Główne trasy w Barcelonie (Ramblas, okolice Sagrady Familii), centrum Sewilli czy Madrytu pełne są lokali działających w logice „jeden raz i nigdy więcej”. Tu rachunek za przeciętny posiłek potrafi być wyższy niż za bardzo dobrą kolację dwie ulice dalej. Ten sam mechanizm dotyczy barów przy plażowych promenadach – płaci się nie za jedzenie, tylko za widok i wygodę.
Wynajem samochodu. Hiszpania długo uchodziła za raj tanich wypożyczalni. W ostatnich latach, szczególnie w sezonie i w regionach wybrzeża, ceny i polityka paliwowa czy ubezpieczeniowa stały się mniej przewidywalne. Rezerwacja „last minute” w lipcu czy sierpniu na Costa del Sol lub Balearach potrafi pochłonąć znaczącą część budżetu, a agresywnie skonstruowane ubezpieczenia „od wszystkiego” jeszcze go podbijają.
Bilety wstępu. Hiszpańskie ikony turystyczne (Sagrada Familia, Park Güell, Alhambra, niektóre modernistyczne domy w Barcelonie) przeszły w ostatnich latach wyraźny wzrost cen. Płaci się za markę, limitowanie wejść i popularność. Jednocześnie mnóstwo świetnych miejsc – od kościołów i punktów widokowych po lokalne muzea – pozostaje darmowych lub bardzo tanich. Wychodzi z tego prosty wniosek: im bardziej „instagramowa” atrakcja, tym większa szansa, że przepłaca się za doświadczenie, które dałoby się zastąpić czymś mniej oczywistym i tańszym.
Usługi „pod komfort”. Płatne leżaki na plaży, śniadania „kontynentalne” w hotelach, taxi zamiast bardzo dobrze działającej komunikacji miejskiej w dużych miastach – wszystko to nie jest złem samym w sobie, ale sumuje się w realną, odczuwalną różnicę kosztów. Hiszpania ma przyzwoitą infrastrukturę transportu publicznego i gęstą sieć barów, które zaspokoją potrzeby bez „pakietów turystycznych”.
Czy Hiszpania jest jeszcze „opłacalna” na tle innych kierunków?
Porównanie z innymi krajami europejskimi pokazuje, jak bardzo obraz zależy od tego, z czym się zestawia Hiszpanię.
Na tle Włoch – szczególnie tych najbardziej obleganych rejonów (Rzym, Toskania, Wybrzeże Amalfitańskie, Cinque Terre) – Hiszpania wciąż bywa odczuwalnie tańsza pod względem noclegów i jedzenia poza najbardziej turystycznymi punktami. Ceny ikonicznych atrakcji są podobnie wysokie, ale „codzienność” często kosztuje nieco mniej po hiszpańskiej stronie.
W porównaniu z Portugalią różnice są bardziej subtelne. Lizbona i Porto zdrożały mocno, Algarve również, a mniej turystyczna Portugalia nadal jest przyjemnie przystępna. Hiszpania działa podobnie: topowe regiony są głośne i drogie, a „druga linia” oferuje rozsądniejsze stawki. Rzecz nie tyle w samych cenach, co w tym, że w Hiszpanii „druga linia” jest większa i bardziej zróżnicowana.
Na tle Chorwacji czy Greckich wysp Hiszpania wypada tak, że często jest droższa w miastach i przy atrakcjach, ale oferuje lepszy stosunek jakości do ceny w zakresie infrastruktury, transportu publicznego i codziennego jedzenia poza głównymi kurortami. W praktyce bywa, że urlop w Hiszpanii przy rozsądnym planowaniu kosztuje podobnie co Chorwacja czy Grecja, ale jest odczuwalnie „pełniejszy” pod względem oferty.
Z kolei porównanie z Polską – np. Bałtykiem czy górskimi kurortami w szczycie lata lub zimy – przestaje być dla Hiszpanii niekorzystne. Gdy doliczy się do polskiego urlopu realne koszty noclegu, jedzenia na mieście i atrakcji, różnica wcale nie musi być dramatyczna, szczególnie przy korzystnym terminie w Hiszpanii (poza szczytem sezonu) i rozsądnie wybranym regionie. Tu zderzają się dwa mity: „Hiszpania jest zachodnioeuropejsko droga” i „Polska wciąż jest tania dla Polaka”. W praktyce oba coraz częściej tracą pokrycie.
Ostateczna „opłacalność” Hiszpanii zależy więc nie od tego, czy kraj jest obiektywnie drogi, tylko od odpowiedzi na kilka pytań: czy wybierany jest szczyt sezonu, czy najbardziej oblegane miasto, czy korzysta się przede wszystkim z turystycznej oferty, czy z tej dla mieszkańców. Ten sam budżet może sfinansować wyjazd, po którym pojawi się przekonanie, że „Hiszpania to luksus dla bogatych”, albo taki, po którym trudniej będzie zrozumieć narzekania na wysokie ceny.
